Dzisiaj krótko. U mnie przedświąteczny chaos, dlatego też nie będę się specjalnie rozpisywać, a od razu przejdę do rzeczy. Poniżej przedstawiam kilka piosenek, które zawsze wprowadzają mnie w ten pozytywny, magiczny, grudniowy nastrój.
Tylko w tym wykonaniu!
Znane i lubiane :)
A ten utwór ma dłuższą historię i jej poświęcę trochę więcej czasu, ale innym razem :) Bardzo lubię Armstronga, bo potrafi poprawić mi humor nawet w najgorszy dzień.
No dobrze myślcie sobie co chcecie. Stawiać tę pioseneczkę obok takich utworów? Wstyd! Może i wstyd, ale gdyby nie "Love actually" to w życiu bym jej nie przesłuchała do końca, a w sumie chyba warto. To nie przekaz się w tym momencie liczy, a ten cudowny, świąteczny stan.
Cóż porcja niewielka, ale mam nadzieję, że zdążę to jeszcze jakoś przed świętami nadrobić, a jeśli nie to chciałabym życzyć wszystkim wesołych i spokojnych świąt.
P.S. Mam masę pomysłów na przyszłe notki tylko czasu mi niestety brakuje ;)
Nie znam osoby, która nie skojarzyłaby tego zespołu chociażby po samej nazwie. Któż z nas nie wył do Chłopców lub nie smucił się do Chciałbym umrzeć z miłości? Nikt nie potrafi śpiewać tak jak Rojek-te teksty, ten głos... Od razu na myśl przywodzą słodkie lata harców i zabaw w babcinym ogródku. Ale również moje wspomnienia z podróży wiążą się z ich piosenkami. Mowa oczywiście o jednym ze słynniejszych polskich rockowych zespołów-Myslovitz. Jeśli szukacie zespołu, który potrafi śpiewać o miłości w niebanalny sposób to dobrze trafiliście!
Zespół został założony w 1992 r. przez Artura Rojka i początkowo działał pod nazwą The Freshman. Dopiero w 1995 r. nazwa została zmieniona na Myslovitz. W tym samym roku ukazała się ich debiutancka płyta, która zdobyła niesłychanie pozytywne recenzje jak na debiutujący band. W ciągu następnych 4 lat zespół wydał 3 kolejne krążki, a w 1998 r. po raz pierwszy wystąpił za granicą. Obecnie Myslovitz ma na koncie 9 albumów (nie licząc kompilacji i reedycji) i dalej pnie się w górę. Niestety 20 kwietnia tego roku zespół wydał oficjalne oświadczenie o następującej treści:
Zespół Myslovitz w składzie Artur Rojek, Wojciech Powaga, Jacek Kuderski, Wojciech Kuderski i Przemysław Myszor oświadcza zgodnie, że postanowił zakończyć współpracę w dotychczasowym składzie. Wojciech Powaga, Jacek Kuderski, Wojciech Kuderski i Przemysław Myszor będą występować dalej pod nazwą MYSLOVITZ z nowym wokalistą. Artur Rojek będzie kontynuował działalność indywidualnie z innymi muzykami.Wszystkich fanów zapraszamy na koncerty w nowych odsłonach. Dalej będziemy dla Was tworzyć i grać. Obiecujemy nie zawieść Was w przyszłej działalności.
Nie trzeba chyba mówić jakim wielkim ciosem było to pismo dla wszystkich fanów zespołu. 20 kwietnia 2012 r. Myslovitz oficjalnie zakończyło dla mnie swoją działalność. Co prawda chłopaki wciąż grają, ale z nowym wokalistą-Michałem Kowalonkiem-znanym z zespołu Snowman. Tylko czy Artura Rojka da się zastąpić? Moim zdaniem nie i nie powinno się. Czy nie lepszym rozwiązaniem byłoby zmienić nazwę zespołu i oddzielić te wydarzenia grubą kreską? Ta decyzja należy już niestety do członków mysłowickiej grupy, mimo wszystko życzę im szczęścia i dalszych sukcesów.
Wróćmy jednak do czegoś przyjemniejszego, a mianowicie do ich twórczości. Jak już wspomniałam wyżej w głowie mam masę różnych obrazów podczas słuchania utworów tego zespołu, bez względu na to czy je lubię czy też nie. Słuchając Peggy Brown wybucham niekontrolowanym śmiechem i widzę mojego chrzestnego, śpiewającego refren na tylnym siedzeniu naszego auta. Przy Wieży melancholii zastanawiam się: co by było gdyby? A przy W deszczu maleńkich żółtych kwiatów mam ochotę tańczyć na wiosennej łące w białej, zwiewnej sukience.
Myslovitz ma swoje charakterystyczne, uniwersalne brzmienie, które sprawia, że mogę "męczyć" ich piosenki dzień i noc, nie czując znużenia. Dzięki takim zespołom czuję się dumna, że jestem Polką.
Listopad to miesiąc, który każdego skłoni do refleksji, od małych dzieci po osoby w podeszłym już wieku. Najbardziej oporni nie są w stanie się temu przeciwstawić. Wszystkich nurtuje jedno pytanie-co stanie się z nami po śmierci? Ciężko powiedzieć co wpływa na te rozważania. Sądzę, że w 90% jest to związane z uroczystościami, które obchodzimy w pierwsze dni listopada. Być może wpływa na to depresyjny klimat jesieni-kiepska pogoda, krótkie dni, a wieczory ciągnące się w nieskończoność. Noc idealnie sprzyja wszelkim refleksjom, dlatego warto sobie wcześniej przygotować odpowiednią muzykę.
Bardzo melancholijne utwory Richtera idealnie się sprawdzą na takie okazje. Połączenie muzyki klasycznej z odpowiednią dawką elektroniki naprawdę do mnie przemawiają. Sam Max Richter nazywa ten gatunek neoklasycznym i jest to bardzo trafna nazwa. Od tych melodii łatwo można się uzależnić, ale ostrzegam zbyt częste słuchanie może doprowadzić do stanu depresyjnego!
Mistrzowie w każdym calu. Twórcy niesamowicie magnetycznego albumu. Królowie trip hopu. Tak, tak mam na myśli oczywiście Massive Attack-brytyjski zespół trip hopowy założony w 1987 r. MA ma na koncie 5 albumów (Blue Lines, Protection, Mezzanine, 100th Window, Heligoland) z czego moim zdaniem trzy ostatnie najlepiej oddają klimat i brzmienie zespołu. Być może musi minąć jeszcze trochę czasu zanim dojrzeję do dwóch pierwszych płyt, jednak dziś chciałabym się skupić na trzecim, najmroczniejszym albumie. Mezzanine zostało wydane pod koniec lat 90. Niestety zaraz potem Andrew Vowles opuścił zespół niezadowolony z kierunku w jakim zmierza MA. Vowles skłaniał się w stronę hip hopu, natomiast Daddy G i Robert Del Naja woleli bardziej elektroniczne brzmienie. Cóż sądzę, że wyszło to na korzyść chłopcom, gdyż kolejne albumy okazywały się równie dobre co Mezzanine, które chyba już zawsze królować będzie u mnie na pierwszym miejscu. Ogromną rolę w przygotowaniu nagrań odegrała wokalistka Elizabeth Fraser, która zaśpiewała w trzech z nich: Teardrop (znane większości z czołówki Dr. House'a), Black Milk oraz Group Four . W Dissolved Girl wystąpiła brytyjska wokalistka Sarah Jay. Oczywiście nie obyłoby się bez gościnnego udziału Horacy'ego Andy'ego, który zaśpiewał m.in. Man Next Door. Za ten album zespół otrzymał aż 6 platyn-to zdecydowanie więcej niż przy poprzednich produkcjach.
Album oczarował mnie już pierwszymi nutami (a może powinnam powiedzieć-bitami). Cała płyta otulona jest mgiełką tajemniczych melodii, które trudno rozszyfrować. Wzbudzają one u słuchacza niepokój, ale dźwięki są tak hipnotyzujące, że nie sposób jest się oderwać choćby na chwilę. Wyjątkiem jest utwór Man Next Door, który zupełnie nie pasuje mi do całości tej niesamowitej kompozycji. Wiele osób wkłada do tego worka również Exchange, ale moim zdaniem ten kawałek coś w sobie ma... Czy to nie dziwne, że po serii mrocznych utworów następuje dość optymistyczny numer, bez wokalu, z powtarzającą się w kółko melodią? W dodatku zaraz po nim jest Dissolved Girl z magnetycznym głosem Jay. Sądzę, że warto się nad tym dłużej zastanowić, a przede wszystkim przesłuchać jeszcze raz cały album.
Moimi faworytami są: Mezzanine, Risingson oraz Black Milk. Spróbujcie posłuchać tej magicznej trójki krążąc nocą po pustych, ciemnych ulicach. Ich klimat gwarantuje niepowtarzalne efekty.
Na zakończenie dodam, że przedostatnia płyta utrzymuje się w podobnych klimatach (nie wykluczam notki o niej w najbliższym czasie), więc jeśli kogoś zainteresowało Mezzanie możecie śmiało sięgnąć po 100th Window.
I'm a little curious of you in crowded scenes And how serene your friends and fiends We flew and strolled as two eliminated gently Why don't you close your eyes and reinvent me
Gdyby ktoś poprosił o podanie jednego zespołu kojarzącego mi się z dzieciństwem bez chwili zastanowienia odparłabym: Pidżama Porno. W sumie nie chodzi mi o samo PP, a o wszystkie projekty w których uczestniczył Krzysztof "Grabaż" Grabowski. Sądzę, że Grabaż to jeden z lepszych artystów występujących na polskiej scenie, zrozumienie jego tekstów przychodzi z wiekiem i przyznam szczerze, że do tej pory mam z tym trudności. Ale spytacie pewnie skąd w tym beztroskim okresie, wypełnionym zabawą i śmiechem znalazły się utwory o takim charakterze?
Należę do nielicznej grupy osób, których rodzice słuchają naprawdę dobrej muzyki i to w znacznej części dzięki nim ukształtował się mój gust muzyczny. Już od kołyski "zmuszali" mnie do słuchania ich ukochanych kawałków i nie zwracali uwagi na moje marudzenie ("Aleee tato znowu musisz puszczać tę piosenkę? Ile można?!") za co jestem im teraz ogromnie wdzięczna. SNL i PP kojarzą mi się z podróżami nad nasze polskie roztocze. Ich twórczość umilała nam ponad 5 godzinną jazdę pełną podekscytowania związanego z bliskim zobaczeniem rodziny i przyjaciół. Nic więc dziwnego, że z uśmiechem na twarzy słucham nawet ich najsmutniejszych piosenek. Wystarczy, że usłyszę pierwsze nuty utworu, a w głowie pojawiają się krajobrazy pól i łąk rozgrzanych letnim słońcem. Skowronki siadają na pobliskich jabłoniach i wcale nie odstrasza ich energiczny punk-rock w tle. "Spokój w głowach"...
Muzyka stała się nieodłączną częścią naszego życia. Wszystko zaczyna się od sennego poranka. Wchodzimy do kuchni włączamy radio, zaparzamy kawę, jemy śniadanie, wychodzimy z domu, zakładamy słuchawki i puszczamy coś co urozmaici nam drogę do pracy/szkoły. Wracamy do domu, siadamy do komputera i buszujemy w Internecie przy okazji włączamy jakąś piosenkę coby nam grała w tle. A i przed snem warto czegoś posłuchać, nieprawdaż? Oczywiście cały ten schemat nieco uogólniłam, ale chodzi mi o jedną, dość jasną rzecz-nie potrafimy obyć się bez muzyki. Dlaczego? Sądzę, że na to pytanie każdy powinien odpowiedzieć sobie sam.
Od paru miesięcy przymierzam się do założenia bloga, ale nie potrafiłam wykonać pierwszego kroku, który zwykle okazuje się najtrudniejszy. Chciałabym pokazać Wam mój sposób odczuwania muzyki. Przeważnie będą to obrazy czy wspomnienia, które przychodzą mi na myśl podczas słuchania konkretnego utworu. Być może będę chciała się podzielić z Wami jakimiś informacjami ze świata muzyki lub po prostu przedstawić wykonawcę czy też zespół. Wszystko zależeć będzie od mojego humoru, a jak dobrze wiemy kobiecy humor jest zmienny.
Na pierwszy ogień pójdzie kawałek Fever Ray "Concrete Walls". Fever Ray (Karin Dreijer Andersson) to Szwedzka artystka znana z zespołu The Knife, którego gatunek określany jest jako muzyka elektroniczna. Z resztą cały album Fever Ray to elektroniczna, hipnotyzująca muzyka od której trudno się oderwać. Melodie przepełnione charakterystycznym mrocznym klimatem potrafią wciągnąć słuchacza do swojego świata na długie godziny. Tak też było w moim przypadku. Pamięć w mojej MP4 jest mocno ograniczona dlatego przed wyjazdem do Gruzji starannie dobierałam albumy, które powinny znaleźć się na sprzęcie. Szczególnie, że pobyt miał trwać ponad 3 tygodnie! Wybór Fever Ray był strzałem w dziesiątkę. Nic tak nie pasuje do krajobrazu złożonego z wysokich gór Kaukazu i lazurowego jeziora jak właśnie kawałek "Concrete Walls". Nawet wędrówka w 40 C upale stała się dla mnie przyjemnością. Miałam wrażenie, że natura połączyła mnie ze sobą w jakiś niezidentyfikowany i intrygujący sposób. Z czystym sumieniem mogę polecić utwór każdemu kto wybiera się w góry lub ma ochotę spędzić czas na łonie natury. Osobiście nigdy więcej nie odważę się słuchać tego albumu w zatłoczonym mieście...