piątek, 26 października 2012

Mezzanine

 Mistrzowie w każdym calu. Twórcy niesamowicie magnetycznego albumu. Królowie trip hopu. Tak, tak mam na myśli oczywiście Massive Attack-brytyjski zespół trip hopowy założony w 1987 r. MA ma na koncie 5 albumów (Blue Lines, Protection, Mezzanine, 100th Window, Heligoland) z czego moim zdaniem trzy ostatnie najlepiej oddają klimat i brzmienie zespołu. Być może musi minąć jeszcze trochę czasu zanim dojrzeję do dwóch pierwszych płyt, jednak dziś chciałabym się skupić na trzecim, najmroczniejszym albumie.
 Mezzanine zostało wydane pod koniec lat 90. Niestety zaraz potem Andrew Vowles opuścił zespół niezadowolony z kierunku w jakim zmierza MA. Vowles skłaniał się w stronę hip hopu, natomiast Daddy G i Robert Del Naja woleli bardziej elektroniczne brzmienie. Cóż sądzę, że wyszło to na korzyść chłopcom, gdyż kolejne albumy okazywały się równie dobre co Mezzanine, które chyba już zawsze królować będzie u mnie na pierwszym miejscu. Ogromną rolę w przygotowaniu nagrań odegrała wokalistka Elizabeth Fraser, która zaśpiewała w trzech z nich: Teardrop (znane większości z czołówki Dr. House'a), Black Milk oraz Group Four . W Dissolved Girl wystąpiła brytyjska wokalistka Sarah Jay. Oczywiście nie obyłoby się bez gościnnego udziału Horacy'ego Andy'ego, który zaśpiewał m.in. Man Next Door. Za ten album zespół otrzymał aż 6 platyn-to zdecydowanie więcej niż przy poprzednich produkcjach.
 Album oczarował mnie już pierwszymi nutami (a może powinnam powiedzieć-bitami). Cała płyta otulona jest mgiełką tajemniczych melodii, które trudno rozszyfrować. Wzbudzają one u słuchacza niepokój, ale dźwięki są tak hipnotyzujące, że nie sposób jest się oderwać choćby na chwilę. Wyjątkiem jest utwór Man Next Door, który zupełnie nie pasuje mi do całości tej niesamowitej kompozycji. Wiele osób wkłada do tego worka również Exchange, ale moim zdaniem ten kawałek coś w sobie ma... Czy to nie dziwne, że po serii mrocznych utworów następuje dość optymistyczny numer, bez wokalu, z powtarzającą się w kółko melodią? W dodatku zaraz po nim jest Dissolved Girl z magnetycznym głosem Jay. Sądzę, że warto się nad tym dłużej zastanowić, a przede wszystkim przesłuchać jeszcze raz cały album.
 Moimi faworytami są: Mezzanine, Risingson oraz Black Milk. Spróbujcie posłuchać tej magicznej trójki krążąc nocą po pustych, ciemnych ulicach. Ich klimat gwarantuje niepowtarzalne efekty.
 Na zakończenie dodam, że przedostatnia płyta utrzymuje się w podobnych klimatach (nie wykluczam notki o niej w najbliższym czasie), więc jeśli kogoś zainteresowało Mezzanie możecie śmiało sięgnąć po 100th Window. 


I'm a little curious of you in crowded scenes
And how serene your friends and fiends
We flew and strolled as two eliminated gently
Why don't you close your eyes and reinvent me

wtorek, 23 października 2012

#1 Muzyka dzieciństwa

 Gdyby ktoś poprosił o podanie jednego zespołu kojarzącego mi się z dzieciństwem bez chwili zastanowienia odparłabym: Pidżama Porno. W sumie nie chodzi mi o samo PP, a o wszystkie projekty w których uczestniczył Krzysztof "Grabaż" Grabowski. Sądzę, że Grabaż to jeden z lepszych artystów występujących na polskiej scenie, zrozumienie jego tekstów przychodzi z wiekiem i przyznam szczerze, że do tej pory mam z tym trudności. Ale spytacie pewnie skąd w tym beztroskim okresie, wypełnionym zabawą i śmiechem znalazły się utwory o takim charakterze? 

 Należę do nielicznej grupy osób, których rodzice słuchają naprawdę dobrej muzyki i to w znacznej części dzięki nim ukształtował się mój gust muzyczny. Już od kołyski "zmuszali" mnie do słuchania ich ukochanych kawałków i nie zwracali uwagi na moje marudzenie ("Aleee tato znowu musisz puszczać tę piosenkę? Ile można?!") za co jestem im teraz ogromnie wdzięczna. SNL i PP kojarzą mi się z podróżami nad nasze polskie roztocze. Ich twórczość umilała nam ponad 5 godzinną jazdę pełną podekscytowania związanego z bliskim zobaczeniem rodziny i przyjaciół. Nic więc dziwnego, że z uśmiechem na twarzy słucham nawet ich najsmutniejszych piosenek. Wystarczy, że usłyszę pierwsze nuty utworu, a w głowie pojawiają się krajobrazy pól i łąk rozgrzanych letnim słońcem. Skowronki siadają na pobliskich jabłoniach i wcale nie odstrasza ich energiczny punk-rock w tle. "Spokój w głowach"...

poniedziałek, 22 października 2012

Intro

 Muzyka stała się nieodłączną częścią naszego życia. Wszystko zaczyna się od sennego poranka. Wchodzimy do kuchni włączamy radio, zaparzamy kawę, jemy śniadanie, wychodzimy z domu, zakładamy słuchawki i puszczamy coś co urozmaici nam drogę do pracy/szkoły. Wracamy do domu, siadamy do komputera i buszujemy w Internecie przy okazji włączamy jakąś piosenkę coby nam grała w tle. A i przed snem warto czegoś posłuchać, nieprawdaż? Oczywiście cały ten schemat nieco uogólniłam, ale chodzi mi o jedną, dość jasną rzecz-nie potrafimy obyć się bez muzyki. Dlaczego? Sądzę, że na to pytanie każdy powinien odpowiedzieć sobie sam.
 Od paru miesięcy przymierzam się do założenia bloga, ale nie potrafiłam wykonać pierwszego kroku, który zwykle okazuje się najtrudniejszy. Chciałabym pokazać Wam mój sposób odczuwania muzyki. Przeważnie będą to obrazy czy wspomnienia, które przychodzą mi na myśl podczas słuchania konkretnego utworu. Być może będę chciała się podzielić z Wami jakimiś informacjami ze świata muzyki lub po prostu przedstawić wykonawcę czy też zespół. Wszystko zależeć będzie od mojego humoru, a jak dobrze wiemy kobiecy humor jest zmienny.
 Na pierwszy ogień pójdzie kawałek Fever Ray "Concrete Walls". Fever Ray (Karin Dreijer Andersson) to Szwedzka artystka znana z zespołu The Knife, którego gatunek określany jest jako muzyka elektroniczna. Z resztą cały album Fever Ray to elektroniczna, hipnotyzująca muzyka od której trudno się oderwać. Melodie przepełnione charakterystycznym mrocznym klimatem potrafią wciągnąć słuchacza do swojego świata na długie godziny. Tak też było w moim przypadku. Pamięć w mojej MP4 jest mocno ograniczona dlatego przed wyjazdem do Gruzji starannie dobierałam albumy, które powinny znaleźć się na sprzęcie. Szczególnie, że pobyt miał trwać ponad 3 tygodnie! Wybór Fever Ray był strzałem w dziesiątkę. Nic tak nie pasuje do krajobrazu złożonego z wysokich gór Kaukazu i lazurowego jeziora jak właśnie kawałek "Concrete Walls". Nawet wędrówka w 40 C upale stała się dla mnie przyjemnością. Miałam wrażenie, że natura połączyła mnie ze sobą w jakiś niezidentyfikowany i intrygujący sposób. Z czystym sumieniem mogę polecić utwór każdemu kto wybiera się w góry lub ma ochotę spędzić czas na łonie natury. Osobiście nigdy więcej nie odważę się słuchać tego albumu w zatłoczonym mieście...